O tym, czego mnie nauczył ostatni rok.

Huśtawki nastrojów są normalne.

Są takie dni, kiedy tęsknię za najbardziej banalnymi rzeczami pod słońcem. Na przykład, za małymi sklepami wielobranżowymi, do których nie trzeba iść przez piętnaście minut, potem przez kolejne dziesięć szukać odpowiedniej alejki, w której znajdziemy – potrzebny na cito – odplamiacz, a ostatnie pięć spędzić na wybieraniu nowego lakieru do paznokci, bo choć w sumie masz już siedem, to ten jest z najnowszej kolekcji i mieni się jak grzywa jednorożca. Tak: Żabki i inne Małpki wygrywają wszystko, bo jak masz ochotę na płatki z mlekiem na śniadanie, to wystarczy, że ubierzesz buty, wybierzesz jedną z trzech dostępnych opcji, zapłacisz i już jesteś w domu – na pewno szybciej niż koniec reklam na TVN w trakcie wieczoru filmowego. Nigdy nie przypuszczałam, że zatęsknię za Grześkami: w końcu to tylko wafelek i krem kakaowy, ale ten amerykański nie smakuje tak samo. Albo za moim ulubionym winem, za spacerami wrocławskimi ulicami, za „moim” widokiem z okna. Za chlebem, któremu bliżej jest do prawdziwego pieczywa niż łazienkowej gąbki…

Są też takie dni, kiedy moja świadomość odległości między Polską a USA zupełnie znika. To przyjemne dni, bo jest wtedy jakoś tak łatwiej. Zapomina się o kilometrach i po prostu robi się swoje. Nie tęskni się za niczym, bo w gruncie rzeczy wszystko można kupić, zrobić samemu, znaleźć podobne miejsca, doświadczyć nowych rzeczy, o których inni mogą tylko pomarzyć. I wtedy czujesz się wyjątkowo i dziękujesz za to, że możesz tu być.

A potem wylewasz na białą bluzkę pół bolognese i musisz lecieć po ten cholerny odplamiacz…

crtsy-olod-nye-2-900vp
Widok na Filadelfię i stan New Jersey. One Liberty Observation Deck.

Prośba o pomoc to nie koniec świata.

Nie wiem wszystkiego. Nie potrafię wielu rzeczy. Na samym początku przerażały mnie najprostsze czynności, nawet pójście na pocztę! Odebranie telefonu wciąż jest źródłem małego stresu. Choć nauczyłam się racjonalizować ten strach, to czasem napadają mnie myśli: „co będzie, jak nie zrozumiem, co do mnie mówią?” Odpowiedź na to pytanie jest prostsza niż mógłbyś przypuszczać. NIC. NIC NIE BĘDZIE. Poprosisz, żeby powtórzyli. A jeśli wtedy też nie zrozumiesz, to przeprosisz i poprosisz jeszcze raz. Ewentualnie możesz z marszu odpowiedzieć „yes”, choć nie polecam tego rozwiązania: dziwne spojrzenie kelnera, który usłyszał to krótkie słówko ode mnie, kiedy zapytał, czy chciałabym wodę gazowaną, czy niegazowaną, prześladuje mnie do dziś 😉

Nie wiesz, który formularz wypełnić? Zapytaj. Nie potrafisz ogarnąć działania automatu z biletami albo kasy samoobsługowej? Poproś o pomoc. To Twój pierwszy raz w tej restauracji i potrzebujesz chwili, żeby zrozumieć menu (tak, w Stanach to może być wyzwanie)? Powiedz o tym. W każdym sklepie i urzędzie pracują ludzie, których jednym z zadań jest pomoc klientom i nie interesuje mnie, z jakim wyrazem twarzy to robią: tutaj na szczęście w 99% są uśmiechnięci.

center-city-holiday-dilworth-park-wintergarden-photo-by-tobia-center-city-dstrict-900vp
Jarmark świąteczny pod Ratuszem w Filadelfii. Peter Tobia/Center City District.

Izolacja to najgorsze, co możesz zrobić.

Zwykle spędzam czas sama lub z M. Od czasu do czasu spotkam się z koleżanką albo jedziemy w odwiedziny do rodziców. Bardzo łatwo o rutynę, a mieszkając w tak dużym mieście można poczuć się samotnym. Doszłam jednak do wniosku, że nie będę żyć w czterech ścianach mając tyle możliwości. Czasem wystarczy wyjść z domu na spacer, żeby odkryć coś, co „zrobi Ci dzień”. Dzisiaj, na przykład, dwie ulice od naszego mieszkania, odkryliśmy małą wymieniajkę książek (z tego co kojarzę, to podobne działają też w Polsce – książki wkłada się do małej skrzynki, żeby ktoś inny mógł je przeczytać). Sport też pomaga poznać nowych ludzi – lubię darmowe zajęcia jogi organizowane przez całe lato w jednym z parków. Często widzę młode mamy biegające w grupie (pchanie wózków ze śpiącymi dziećmi wygląda wtedy na zupełnie niemęczące). Zwykły wypad do sklepu może zaowocować ciekawą rozmową z nieznajomym. Spacerując po okolicy możesz natrafić na wyprzedaż garażową albo kameralną imprezę („block parties”: są organizowane w cieplejsze dni przez mieszkańców kilku sąsiadujących ulic). Próbuj nowych rzeczy, bądź odważny, odkrywaj, WYJDŹ Z DOMU.

mummers-m-edlow-780uw
Mummers Parade jest organizowana co roku w pierwszy dzień stycznia. M. Edlow for Visit Philadelphia

Tolerancja to cecha nabyta.

Zobaczysz niewielkie drgnięcie kącika moich ust kiedy usłyszę, że ktoś uważa się za osobę tolerancyjną, choć całe życie spędził w małym mieście i wychowywał się z tymi samymi ludźmi, którzy ściśle otaczają go do dziś. Nie da się rozwinąć skrzydeł tolerancji bez otwarcia się na świat i inne kultury. Wszystkie podróże kształcą, ale mieszkanie w zupełnie obcym państwie jest nieporównywalne pod kątem poszerzania swoich horyzontów. W naszej dzielnicy, w promieniu kilku ulic, mamy trzy kościoły różnych wyznań. Idąc ulicą usłyszycie nie tylko angielski, ale też portugalski, hiszpański, hindi, francuski. Zimą zobaczycie na czyiś nogach japonki, a latem kolorowe, tęczowe włosy wystające spod czapki z daszkiem. Kolczyki w brwiach, nosie, tatuaże na policzku. Facetów w szpilkach i dwie dziewczyny trzymające się za ręce. Psy w wózkach i dzieci na smyczy. I wiesz co? Przestaniesz się tym interesować. Przestaniesz na to zwracać uwagę. Zauważysz natomiast, że odnalezienie własnego „ja” jest ważne, dlatego bardziej skupisz się na sobie, a inni niech żyją własnym życiem i robią to, co chcą – dopóki nikogo nie krzywdzą swoim postępowaniem, to jest OK.

crtsy-mstanley-drwc-blue-cross-riverrink-winterfest-fireworks-new-years-eve-780uw-780x480
Zimowa wioska na granicy Filadelfii w Sylwestra. W oddali stan New Jersey. M. Stanley for DRWC.

W Polsce żyje się dobrze.

Chcę wracać? O co mi chodzi? Wiem, że niektórym mogłoby być trudno pogodzić się z tym stwierdzeniem, ale to moja opinia, którą szlifowałam przez ostatnie miesiące. Przemoc ma różne podłoże i choć w Polsce też jej nie brakuje, to zaryzykowałabym stwierdzenie, że Polska jest dobrym, bo bezpiecznym, krajem do życia. Nie pamiętam, żeby dochodziło do incydentów podobnych do tych, które zdarzają się u naszych zachodnich sąsiadów. W Filadelfii nie ma mowy, żebym wyszła gdzieś sama po zmroku (chyba, że zamówię Ubera w obie strony). Policyjne samochody patrolujące ulice tylko przypominają o tym, że codziennie w całej Ameryce zdarzają się smutne historie. Choć ogólnie czuję się tu bezpiecznie, to czasem ciężko jest nie myśleć o ostatniej strzelaninie w Las Vegas albo masowych pobiciach w centrum handlowym.

Philly Mummers Parade
Mummers Parade; źródło: http://www.patch.com

Mam obok siebie najlepszego człowieka.

Świadomość, że mam przy sobie osobę, która znosi moje humorki, gorsze dni, krótkie epizody depresyjne i inne obniżenia nastrojów sprawia, że na emigracji żyje się łatwiej. Nie znam nikogo, kto byłby lepszy niż mój M. Każdego dnia zastanawiam się, co takiego zrobiłam, że zasłużyłam na takiego faceta (albo w jaki sposób będę musiała się odwdzięczyć – bo na pewno nie mam tylu pieniędzy. Może ciasteczka pieczone z miłością wystarczą?). Jest najlepszą odskocznią od problemów, daje najbardziej trafne rady i wiem, że mogę na niego liczyć w każdej sytuacji. I zupełnie poważnie: chciałabym być choć w połowie tak dobra, jak on. Może rzeczywiście trzeba być odważnym, żeby podjąć decyzję o wyprowadzce z kraju, ale jak silnym musi być człowiek, dla którego ta decyzja została podjęta?! Są takie dni, kiedy musi pracować na zwiększonych obrotach: pocieszać, ale jednocześnie tłumić swój smutek (niełatwo jest przecież patrzeć na łzy osoby, którą się kocha), być optymistą i widzieć dobrą przyszłość za dwoje i mieć wiarę, że to, co mnie wydaje się nieosiągalne, mogę zrealizować z palcem w du…rszlaku.

mummers-parade-parasols-r-kennedy-1200vp
Mummers Parade. W tym roku odpuściliśmy sobie stanie na mrozie: temperatura odczuwalna dochodziła do minus osiemnastu stopni! R. Kennedy for VISIT PHILADELPHIA

Miniony rok nauczył mnie bardzo wiele: te punkty to tylko początek góry lodowej. Mam nadzieję, że obecny będzie obfitował w małe, codzienne przyjemności i zrealizowane plany – i tego Wam też życzę! 🙂

Reklamy

O przedświątecznych wyprawach.

Cholerne choróbsko. Przyzwyczaiłam się już, że choruję kilka dni po kontakcie z osobą, która smarka i kicha na prawo i lewo. Moja baza wirusów najwyraźniej na bieżąco się aktualizuje, bo każde przeziębienie przechodzę jakbym zaraz miała umrzeć: ból gardła nie pozwala nic zjeść, niedrożny nos chce mnie udusić w trakcie snu, a sił witalnych mam w sobie tyle, co większość bohaterów tytułowych The Walking Dead. I… I w sumie podobnie wyglądam.

Holiday Lights in South Philadelphia
Południowa Filadelfia: w tym roku nie udało nam się dotrzeć na najbardziej rozświetloną ulicę miasta, ale będzie ona na naszej liście w grudniu 2018! Źródło: www.phillymag.com

Chciałam, żeby dziś było świątecznie: no bo przecież grudzień, zaraz Wigilia, śledzie i bigosy, i sałatki jarzynowe. Dlatego właśnie przygotowałam dla Was krótką relację z naszych ostatnich wypadów do centrum Filadelfii. Muszę przyznać, że wrocławski jarmark zajmuje szczególne miejsce w moim sercu (sam Wrocław również), choć widziałam, że ten w Poznaniu drepcze mu po piętach. Te, które są organizowane w Stanach również mają swój urok – mam nadzieję, że spodobają Wam się zdjęcia! Pod zdjęciami dowiecie się kilku ciekawostek. Enjoy! 🙂

Świąteczne dekoracje w sklepie Home Goods (podobny do TK Maxx’a, ale wyłącznie z artykułami do domu).

homegoods-maxx_500px
W USA zamiast TK MAXX’a jest TJ MAXX, a Home Goods często jest jego częścią, choć może też funkcjonować oddzielnie.

IMG_6987

IMG_6988

IMG_6989

IMG_6990
Stylowy worek na prezenty 🙂
IMG_6992
Widzicie ten mały druczek? Made in Poland 🙂

IMG_6993

IMG_7003

IMG_7006

IMG_7007
Gdyby jakiś spóźnialski zapomniał kupić tę bombkę w zeszłym roku…

IMG_7008

IMG_7009
Nowa skrzynka na listy?

IMG_7010

IMG_7011
Jest z czego wybierać…

IMG_7012

IMG_7014
Wszystko dla futrzanych przyjaciół (i ich człowieków).

IMG_7017

IMG_7018
Przeurocze bileciki do prezentów!
IMG_7019
Te są chyba jeszcze lepsze: pociągnij za język, a dowiesz się, dla kogo jest prezent 🙂
IMG_7020
Jednorazowe podkładki pod talerze.

IMG_7022

IMG_7023
Z takiego kubeczka kawa na pewno smakuje lepiej 😉
IMG_7024
Jak widzicie, w USA nie tylko ubiera się zwierzęta, ale także… wino…

IMG_7025

IMG_7026
Ten kolega o mały włos nie wrócił ze mną do domu! To pojemnik na ciasteczka.

IMG_7027

IMG_7028

IMG_7031

IMG_7032

IMG_7033
Kartki świąteczne: głowa boli, taki wybór…

IMG_7034

IMG_7035

IMG_7038

IMG_7039

IMG_7040
Przyznać się, kto w tym roku napisał list do Świętego Mikołaja / Gwiazdora?

IMG_7044

IMG_7046
Dla prawdziwych świątecznych fanatyków.
IMG_7050
Dość kreatywny sposób na przechowywanie kartek świątecznych. Mam wrażenie, że w Stanach wysyła się ich o wiele więcej, niż w Polsce.
IMG_7132
Buty, bielizna, ubrania… A teraz nawet skarpety, które można powiesić nad kominkiem?!

Stoisko z bombkami (i bardzo popularna personalizacja – to mój pomysł na biznes w Polsce jak już będę na emeryturze: uprzejmie proszę o nie podkradanie 😉 )

IMG_6978

IMG_6979

IMG_6977
Kluska, Czarek, Reksio, Tina, kundelek, a może rasowy York? Na pewno znajdziecie tu ich podobiznę!

IMG_6980

IMG_6974
Przepiękna dekoracja w Centrum Handlowym King of Prussia.

IMG_6975

Zimowa wioska Blue Cross RiverRink Winterfest: po drugiej stronie rzeki jest już kolejny stan – New Jersey. Tego dnia odbywały się pokazy udekorowanych statków: niestety mój telefon odmówił posłuszeństwa, więc znalazłam dla Was kilka zdjęć z internetu.

winterfest-drwc-900vp
Źródło: www.visitphilly.com
dsc9863-by-matt-stanley-900vp
Źródło: www.visitphilly.com

IMG_7150

IMG_7151

IMG_7157

IMG_7160
W tę sobotę strasznie u nas padał śnieg: stąd te pustki 🙂

IMG_7162

IMG_7163

IMG_7164
Klimacik!
IMG_7167
To Krampus, zły brat-bliźniak Gwiazdora. Mam nadzieję, że byliście grzeczni w tym roku: chyba nie chcecie, żeby Was odwiedził!

IMG_7168

IMG_7169

IMG_7174
Środek jednego z namiotów widocznych na powyższych zdjęciach (w drugim był salon gier z flipperami).
IMG_7173
Na co komu piłkarzyki… Teraz gra się w hokej!
IMG_7171
A w menu: „comfort food”, z pierogami na czele!

Jarmark świąteczny przy filadelfijskim ratuszu. Z uwagi na lokalizację jest najbardziej popularny. Zbudowany przez prawdziwych, niemieckich niemców (jest tu nawet sklep z ozdobami na choinkę, który znam z Berlina). Organizowane są tu pokazy tańca, koncerty, „festiwal światła” (co 30 min) z iluminacją na froncie ratusza, jest małe lodowisko i mnóstwo, mnóóóstwo małych sklepików, w których znajdziemy wyroby lokalnych firm.

fb857dc669c3f92de29d20db8de5bc111
Źródło: http://www.pinterest.com
3fd91e999953e84d86bbd00a3938c620
Źródło: http://www.pinterest.com
bb14c69aee49f0d66eb026dfdb988476
Źródło: http://www.pinterest.com
890683c23038bd95294387e9f69a0b9a
Źródło: http://www.pinterest.com
51003674b97541819b577bed2a64ae71
Źródło: http://www.pinterest.com

IMG_7322

IMG_7321

IMG_7326

IMG_7319

IMG_7328

IMG_7329

IMG_7330

IMG_7331

IMG_7332

IMG_7334

IMG_7336

IMG_7338

IMG_7341

IMG_7342
Biżuteria wykonywana ze starych puszek widocznych na zdjęciu.

IMG_7344

IMG_7343

IMG_7345

IMG_7346

IMG_7348

IMG_7349

IMG_7350

IMG_7351

IMG_7353
Słoiczki kiszonych ogórków, szparagów i grzybków… A właściciela stoiska brak 🙂

IMG_7356

IMG_7352

IMG_7358

Koniec! Jeśli spodobał Ci się ten wpis, daj znać na FB: kliknij „lubię to!” 🙂 Wolisz posty w formie reportażu, kiedy zabieram Cię w nowe miejsca, czy może preferujesz te bardziej opisowe? Koniecznie daj znać!

Tak blisko już do weekendu i Świąt, i Nowego Roku! Dacie wiarę?! Do kolejnego razu! 🙂

O studiach w USA (cz. 1).

Długo zbierałam się do napisania kolejnej części notatki na temat edukacji w Stanach Zjednoczonych: zdążyliśmy już przywitać się z grudniem, Mikołaje drepczą nam po piętach, a różnica między college’em a uniwersytetem wciąż jest nieznana i tajemnicza, prawie jak pewna komnata z opowieści o młodym czarodzieju. Nie chcę powitać Nowego Roku ze starymi zadaniami do wykonania, w związku z czym znalazłam w sobie tę tkwiącą gdzieś głęboko siłę i oto ona – mieszanka amerykańsko-studenckich faktów i ciekawostek.

middlebury-college-e1485258317614
Kampus Middlebury College w stanie New Hampshire: prezentuje się wspaniale!

Zrzut ekranu 2017-12-11 o 09.50.32

Nie każdy musi iść na studia – wszak Bill Gates, Steve Jobs i Mark Zuckerberg dyplomu wyższej uczelni nie posiadają, a całkiem nieźle 😉 sobie radzą. Nie każdy może je skończyć, a już na pewno nie każdy jest w stanie sobie na nie pozwolić, zwłaszcza w Stanach. Tutaj edukacja jest płatna (co skutecznie odstrasza od wagarowania i robienia czegokolwiek, co skutkowałoby skreśleniem z listy studentów: każdy zmarnowany semestr to dziesiątki tysięcy dolarów wyrzucone w błoto) a jej cena zależy od rodzaju uczelni i kierunku, który został wybrany. Poniżej przedstawiam Wam wykresy najdroższych fakultetów.

Zrzut ekranu 2017-12-07 o 13.58.02
Najdroższe czesne według szkoły i kierunku (roczne, w $).
47-yale-university
Yale University, http://www.businessinsider.com
Zrzut ekranu 2017-12-11 o 10.05.01.png
Średni roczny koszt studiów. Niebieski i czarny: szkoły publiczne, stanowe. Szary: szkoły publiczne, poza miejscem zamieszkania (pozastanowe). Czerwony: szkoły prywatne. https://www.statista.com

Wiecie już z mojego poprzedniego wpisu (klik!), że szkoły w Stanach mogą być państwowe (publiczne, stanowe) lub prywatne. W tych pierwszych średnia roczna opłata za studia wynosi około 12 tysięcy dolarów, te drugie życzą sobie nawet dwukrotność tej kwoty (a nawet więcej). Mam nadzieję, że te liczby nie zrobiły na Was większego wrażenia, bo to jeszcze nie koniec. Jak zobaczyliście na wcześniejszych wykresach, znalezienie szkoły, w której za rok zapłacimy ponad 50 tysięcy dolarów nie jest wcale takie trudne. Jeśli doliczymy do tego koszty utrzymania, to robi się naprawdę imponująca kwota. Od nikogo nie oczekuje się, że paraduje z takimi sumkami w portfelu – istnieje szereg pomocy finansowych, z których korzysta większość studentów i sprowadzają się one głównie do kredytów studenckich i stypendiów. Zaoszczędzić można również wybierając szkołę, która znajduje się na terenie naszego rodzimego stanu. Opłaty za studia jednak sukcesywnie rosną i mimo zapewnień ze strony uczelni i rządu, że „to jest już koniec”, końcowa kwota rokrocznie jest coraz wyższa i wyższa. Niektóre uniwersytety znalazły sposób na pozyskanie dodatkowych funduszy i nakładają na swoich studentów coraz to nowe opłaty. Przykładów jest wiele: od kosztów związanych z użytkowaniem siłowni, bibliotek, i parkingów, przez opłaty za rejestrację na zajęcia (tego raczej nie uda się ominąć) czy korzystanie z usług doradcy zawodowego, po „zielony podatek”, który pokrywa rosnące rachunki za prąd i koszt adaptacji swoich placówek do bycia bardziej „eko”. Trzeba więc zwracać uwagę, co na naszym semestralnym rachunku jest faktyczną opłatą za studia („tuition”), a co kosztami dodatkowymi („fees”).

Zrzut ekranu 2017-12-11 o 09.52.59
Średni roczny koszt studiów w USA w latach 2000-2014 [$]; https://www.statista.com
Aerial Photography of New York City and other Urban Landscapes
Dachy budynków dydaktycznych i szpitali należących do University of Penn. W oddali Center City – centrum Filadelfii.
Zrzut ekranu 2017-12-11 o 10.29.31.png
Średnie zadłużenie amerykańskich absolwentów pod kątem kierunku studiów. Od góry: biznes, pedagogika, nauki ścisłe, sztuki piękne, prawo, medycyna i kierunki pokrewne; https://studentloanhero.com

Studiowanie na Ivy League niesie za sobą duże pieniądze: zarówno w czasie studiów (opłata za edukację), jak i po (+100 do prestiżu). Tym właśnie mianem określa się grupę elitarnych uniwersytetów, które znajdują się w północno-wschodniej części kraju. Wabią najzdolniejszych uczniów, najlepszych nauczycieli i najbardziej dociekliwych naukowców. Są także najstarsze – zostały założone w czasie epoki kolonialnej. Z tym faktem związana jest ich nazwa, która pochodzi od bluszczu oplatającego ich wiekowe, ceglane budynki (Ivy League = Liga Bluszczowa). Każdy z Was słyszał o przynajmniej jednym uniwersytecie należącym do tej grupy. Poniżej przedstawiam Wam ich listę (od „najbogatszego”):

  1. Harvard
  2. Yale
  3. Princeton
  4. Penn
  5. Columbia
  6. Cornell
  7. Dartmouth
  8. Brown
1200px-ivy_league_locations-svg
Yale dzieli od Harwardu 210 km – jadąc amerykańską autostradą dotrzemy tam w niecałe 2 godziny.

Każda z tych uczelni jest placówką prywatną, ale niektóre z nich otrzymują dodatkowe pieniądze z budżetu stanowego lub federalnego. Warto wspomnieć, że grupa ta powstała na potrzeby rozgrywek futbolu amerykańskiego (o tym innym razem), a nie ot tak, z przypadku, bo „snoby” powinny trzymać się razem 😉

Zrzut ekranu 2017-12-11 o 09.57.47
20 najbogatszych uniwersytetów w USA w roku 2016 (w bilionach dolarów – jak to brzmi! :D)

Przebieg aplikacji na studia wyższe jest niesamowicie długi. W Polsce w maju pisze się matury, a po kilku miesiącach wiadomo już, gdzie trzeba szukać mieszkania i gdzie znajduje się najbliższa Biedronka. Mam wrażenie, że w Stanach ten proces ciągnie się w nieskończoność. Już we wrześniu uczniowie zapoznają się z wymaganiami interesujących ich uczelni i zaczynają wypełniać wnioski stypendialne. Październik jest miesiącem zbierania listów polecających od nauczycieli i pracodawców. To także pora na wypisywanie pierwszych formularzy aplikacyjnych do wymarzonych szkół. W listopadzie przesyłane są wyniki egzaminów SAT (odpowiednik naszej matury, ale zdaje się je przed ukończeniem szkoły) i świadectwa ukończenia niektórych kursów ze szkoły średniej. Piszę „niektórych”, bo rozglądając się za college’em przyszli studenci wciąż są w liceum i będą tam aż do maja, w związku z czym prawdziwe świadectwo ukończenia szkoły dosyłane jest później. I w tym momencie następuje dłuuuga przerwa i oczekiwanie: można oczywiście szukać coraz to nowych uczelni i wysyłać kolejne aplikacje. W niektórych przypadkach jest to moment pisania egzaminów wstępnych i wypracowań. Na przełomie marca i kwietnia przyszli kandydaci powinni mieć już obraz tego, w której części Stanów wylądują. Zbierając wszystko do kupy, w optymistycznej wersji, mamy OSIEM MIESIĘCY oczekiwania. Gdyby nie szybka rekrutacja w Polsce, taka „rach-ciach i pozamiatane”, może dzisiaj byłabym weterynarzem, a nie dentystką?*

Temat tych dodatkowych wypracowań szczególnie mnie zainteresował. Uważam, że dzięki temu można lepiej poznać przyszłego studenta: jego sposób myślenia i opinie. Nie są to suche wypociny o bitwie pod Grunwaldem czy najważniejszych prawach fizyki. Naprawdę nieźle się trzeba przy nich namęczyć! Poniżej przedstawiam Wam przykładowe zagadnienia, z którymi muszą zmierzyć się amerykańscy licealiści przed uzyskaniem indeksu wymarzonej uczelni.

Zrzut ekranu 2017-12-11 o 10.58.15
Źródło: http://blog.prepscholar.com
small-kids
Zatłoczony deptak główny University of Penn w Filadelfii.

Na koniec chciałabym wyjaśnić różnicę między college’em a uniwersytetem: nie jest to wcale takie trudne! Najprościej będzie zapamiętać, że „college” jest analogiczny do „wydziału” w polskim systemie edukacyjnym. Może być albo częścią uniwersytetu, albo samodzielną szkołą wyższą, ale specjalizującą się w jakiejś dziedzinie (na przykład college of culinary arts – wyższa szkoła gastronomiczna).

Chcielibyście studiować w Stanach? A może wolicie naszą polską rzeczywistość? Wiem, jak to zabrzmi, ale ja nie mogę się już doczekać mojego kredytu studenckiego – to znaczy, że jestem w połowie drogi do osiągnięcia wymarzonego celu…

W kolejnej części: struktura studiów, przedmioty, zajęcia dodatkowe, życie na kampusie, sport. Dla ciekawskich: klikając tutaj możecie przejść się po kampusie Columbia University 🙂

Spodobał Ci się ten wpis? Kliknij „Lubię to!” na moim facebook’owym fanpage’u, żeby więcej osób mogło dowiedzieć się czegoś nowego o USA! 🙂

* Nie wydaje mi się, choć przedszkolna Paulinka miała takie pomysły…

O Pier 1 Imports i działalności charytatywnej.

Święta w Stanach – marzenie, które naprawdę warto spełnić. Perspektywa klimatycznie oświetlonych miast, dmuchanych dekoracji przed domami sąsiadów, imprez tematycznych zakrapianych ponczem, promocji w sklepach, obok których trudno przejść obojętnie (i choć staram się ćwiczyć silną wolę, to czasem przegrywam) rozgrzewa serce i rumieni policzki. Grudzień to coweekendowy repertuar świątecznych filmów w towarzystwie ulubionych ludzi, z gorącą czekoladą i pierniczkiem w ręku, to wyprawy na jarmarki (organizowane przez prawdziwych, niemieckich Niemców – nie tych amerykańskich: przynajmniej ten w centrum Filadelfii) w poszukiwaniu wyrobów lokalnych artystów i w końcu – otwarcie sezonu łyżwiarskiego!

Na ten miesiąc mam zaplanowanych wiele atrakcji. Biorąc pod lupę moje ostatnie przemyślenia doszłam do wniosku, że mam dość brodzenia w książkach i pora, przynajmniej kilka godzin w tygodniu, poużywać unoszącej się w powietrzu świątecznej atmosfery: wyjść z domu, zaczerpnąć tlenu wymieszanego z oparami grzanego wina, spotkać się z Mikołajem i co jakiś czas zmrużyć oczy podziwiając mieniące się światełka na głównych ulicach Filadelfii. Skłania mnie do tego fakt, że pogoda jest wciąż przyjemnie jesienna, niepowodująca odmrożeń wystających części ciała i jak najbardziej sprzyjająca wieczornym spacerom.

Zaczniemy więc bardzo swobodnie: chciałabym Was zabrać do jednego z moich ulubionych sklepów z wyposażeniem wnętrz – Pier 1 Imports. Ceny mogą czasem zwalić z nóg, ale muszę przyznać, że ich produkty są bardzo dobrej jakości a detale i zdobienia cieszą oczy równie mocno, co zakończenie treningu z Chodakowską. Amerykanie to mistrzowie konsumpcji i marketingu – widać to na każdym kroku, a czasem trudno za tym nadążyć. Mam nadzieję, że poniższe zdjęcia będą dla Was źródłem dekoratorskich inspiracji!

IMG_6866 2

IMG_6868 3

IMG_6869

IMG_6871 2

IMG_6872 2

IMG_6874 2

IMG_6875 3

IMG_6876 2

IMG_6877 2

IMG_6879 2

IMG_6880 2

IMG_6881 2

IMG_6882 2

IMG_6883 2

IMG_6884 2

IMG_6886

IMG_6887 3

IMG_6888 2

IMG_6889 2

IMG_6890 2
Sukienka dla choinki to podstawa! Ta wyposażona jest w światełka LED i kosztuje nieco ponad $70.
IMG_6891 2
Skarpeta dla sierściucha 🙂

IMG_6892 2

IMG_6893 3

IMG_6894 2

IMG_6895 2

IMG_6896 2

IMG_6897 2
Wieszak na skarpety: stawia się je na półce nad kominkiem.

IMG_6898 3

IMG_6899 2

IMG_6900 2
O tradycji związanej z tą bombką będziemy jeszcze pisać, więc dziś tylko przestawię Wam – wbrew pozorom bardzo popularnego – Pana Korniszona.

IMG_6902 3

IMG_6903 2

IMG_6904 2

IMG_6907 2
Pozdrawiamy (bardzo upartą) Panią z drugiego planu 🙂

IMG_6908 2

Wstąpiłam tam przy okazji szukania drobnych upominków dla naszej rodzinki: drobnych, bo w tym roku zgodnie postanowiliśmy, że sprezentujemy Święta bardziej potrzebującym osobom, i nie będziemy wydawać pieniędzy na rzeczy, które nie są nam niezbędne. Gwarantuję Wam, że nie ma nic lepszego niż świadomość pomocy innym. Jeśli macie taką możliwość, sprawdźcie zbiórki Szlachetnej Paczki (klik!) lub poszukajcie osób w Waszym otoczeniu, którym przyda się wsparcie: nawet 20 złotych robi dużą różnicę i są to na pewno lepiej wydane pieniądze niż dodatek do prezentu dla jakiegoś malucha w postaci paczki słodyczy (oto on: drzemiący we mnie głos Pani Stomatolog).

Moi teściowie znaleźli swoich tegorocznych podopiecznych poprzez akcję przeprowadzoną w parafii, do której należą. Przed Mszą Świętą odnaleźli choinkę, na której obok bombek, zawieszone były karteczki z informacjami czego dana rodzina najbardziej potrzebuje (nie było to zbyt trudne, postawiono ją zaraz obok drzwi wejściowych). Druczek zabiera się ze sobą i po skompletowaniu zawartości paczki, odpowiednio się ją oznacza. Gotowy pakunek przynosi się do biura parafialnego i stamtąd wędruje do odbiorcy. Uważam, że jest to świetny pomysł, bo dociera do rodzin, które są nam „bliskie”. Zawsze uważałam, że małe, lokalne działania robią dużą różnicę. Działalność charytatywna jest w Stanach bardzo rozpowszechniona i nie dotyczy wyłącznie dorosłych – w pracę na rzecz innych zaangażowane są też dzieci, zazwyczaj za pośrednictwem szkół. Bardzo często widzę wolontariuszy w galeriach handlowych czy na ulicach centrum miasta: niektórzy z nich należą do grupy chrześcijańskiej Salvation Army. Zwracają na siebie uwagę dzwoniąc dużym, czerwonym dzwonkiem, zachęcając do wsparcia finansowego (są szczególnie znani właśnie z intensywnej działalności charytatywnej). Jego struktura przypomina organizacje militarne: mamy oficerów (odpowiednik pastorów), poruczników, pułkowników i generała – ten ostatni stoi na szczycie wyznania. Armia Zbawienia działa na całym świecie, również w Polsce.

4c687e0fa617dc51f97fe1432e9df6b9

59dbdd02972d5-image

christmas202011

Chciałam przez ten wpis pokazać Wam, że mimo, iż moje kolejne notki będą oddalone od religijnego charakteru Świąt, to nie znaczy, że Amerykanie całkowicie zatracili ten wątek w ciągu ostatnich lat. Uważam, że można korzystać ze wszystkich świecko-świątecznych atrakcji, cieszyć się na pojawiające się w sklepach dekoracje i śpiewać piosenki razem z Mariah Carey lub George’m Michaelem (o ile nie przesadzamy: wszystko jest dla ludzi – szalonych zakupów i świątecznych zmagań kuchennych w pocie czoła nigdy nie rozumiałam, choć przy organizacji Wigilii na więcej niż kilka osób zachowanie stoickiego spokoju może być nie lada wyczynem). Co by się nie działo, na „Have a happy Holidays!” zawsze odpowiem „You too, Merry CHRISTMAS!” – i mam nadzieję, że nikt mnie za to nie będzie targał po sądach, bo zraniłam czyjeś uczucia… 😉

O Święcie Dziękczynienia.

Atmosferę polskiej, rodzinnej Wigilii i smak tradycyjnych potraw, mimo ewidentnego braku pierogów z kapustą i barszczu, można odnaleźć w amerykańskim Święcie Dziękczynienia. W tym roku, podobnie jak w zeszłym, celebrowaliśmy je razem z rodzicami M w Wirginii. Czym się zajadaliśmy i dlaczego jest to ulubiony dzień wielu Amerykanów? O co tak naprawdę chodzi i skąd w ogóle wzięła się tradycja corocznego „dziękowania”? Komu są wdzięczni? Przygotowałam dla Was wpis, który – mam nadzieję – rozwieje wszystkie wątpliwości, a jeśli po drodze nasuną Wam się nowe pytania, zapraszam do komentowania.

W Stanach Zjednoczonych Święto Dziękczynienia obchodzone jest w czwarty czwartek listopada. Ma na celu upamiętnienie pierwszego dziękczynienia w kolonii Plymouth w 1621 roku. W wyniku bardzo ostrej zimy zmarła niemal połowa angielskich pielgrzymów, którzy dotarli do wybrzeża Ameryki. Dzięki pomocy Indian z plemienia Wampanoagów, pozostałym udało się przetrwać pierwszy rok. Chcąc odwdzięczyć się im za tę niemałą przysługę, koloniści postanowili zorganizować imprezę, którą współcześnie nazwalibyśmy… dożynkami. Trwały one trzy tygodnie, a w menu zamiast indyka królowały dziczyzna i ptactwo. Potrzeba było ponad 200 lat, żeby Święto Dziękczynienia zyskało status święta państwowego: jest to zasługa prezydenta Abrahama Lincolna.

Przed naszym wyjazdem do rodziców, znajoma z Filadelfii zapytała mnie, jakie będziemy mieć dania na kolacji. Zdziwiłam się, bo myślałam, że mimo innych przepisów, te „tradycyjne” wyglądają w całym kraju podobnie. Spodziewała się, że podróżując na południe będziemy mogli skosztować jakiś specjałów, ale okazało się, że w tej kwestii rodzina mojego M nie odbiega od ogólnie przyjętego schematu.

IMG_6843
Stół był gotowy już o piątej po południu 🙂

Już od jakiegoś czasu zaczęłam zwracać uwagę na to, że niewiele osób spędza całe dnie przy garach. Ma to związek z tym, że sporo rzeczy można kupić gotowych, co daje niesamowitą oszczędność czasu, a Amerykanie – jak nikt inny – z radością korzystają z tego przywileju. W niektórych domach pielęgnowana jest tradycja krótkiej refleksji nad minionym rokiem połączona z wymienieniem wszystkich tych części naszego życia, za które jesteśmy szczególnie wdzięczni. Nie ma jednak kolacji bez małych sprzeczek i kłótni przy stole czy lawiny niezręcznych pytań i spalonych żartów – to nieodzowna część powrotów do rodzinnego domu, kochana i nienawidzona jednocześnie, trochę jak bilet z miejscem siedzącym w drugiej klasie PKP przed ważnym państwowym wydarzeniem (mecz Lecha z Legią): cieszysz się, bo jest szansa, że usiądziesz, ale cholera wie, jak się tam dostaniesz.

Pierwsze skrzypce gra oczywiście indyk. Ledwo mieszczący się na blaszce (bo przecież w Stanach wszystko jest „big”), ze związanymi kończynami i wypchanym korpusem, wjeżdża do piekarnika po śniadaniu i jest oczkiem w głowie każdego kucharza aż do wielkiego finału. Krojąc indyka, należy uważać, żeby nie zniszczyć małej kostki w kształcie litery „Y” (wishbone). Przed kolacją jest ona łamana i osoba, która trzyma dłuższą część, może pomyśleć życzenie i mieć nadzieję, że się spełni – stąd jej nazwa (zwyczaj ten pochodzi z Wielkiej Brytanii). Czy ktoś z Was słyszał kiedyś o turkducken? Wydawało mi się, że nadziewane mięso to szczyt kulinarnej finezji, ale jednak indyk faszerowany kaczką faszerowaną kurczakiem przerósł moje najśmielsze oczekiwania. No cóż – z której strony by nie spojrzeć, to dość mało wegetariańskie danie.

IMG_6844
W Polsce kupowałam filetowane mięso, więc nie wiem, jak przygotowywane jest takie do kupna „w całości”. W Stanach szyja i podroby pakowane są w osobne folijki i wkładane do środka indyka.

Stuffing” zawsze kojarzył mi się z tym, co w środku. Nadzieniem przecież się NADZIEWA, wielkie mi odkrycie. A tu proszę – niespodzianka. Stuffing podawany do kolacji to mieszanka chleba, warzyw (na przykład cebuli, selera i marchewki) i przypraw, które lądują na osobnym półmisku. Żeby człowiek się nie namęczył, są oczywiście dostępne gotowe mieszanki, które wystarczy wymieszać z masłem i wodą, i w ten sposób dostarczamy sobie tygodniowe zapotrzebowanie na całe dobro tego świata pod postacią wysokofruktozowego syropu kukurydzianego. Oczywiście, jak możecie się spodziewać, są przepyszne i często znikają tego samego wieczoru. Puree z ziemniaków to kolejna pozycja, której nie może zabraknąć. Ale czy ktoś słyszał tu o gotowaniu ziemniaków? I to przez 30 minut? Wymieszaj proszek z wodą, dodaj soli i gotowe!

ec5bf24b-b81f-42f5-8060-ed7a1596563c_1-b02ad5b747bcca7b29a2519b186725c1
Indycze nadzienie, gotowe w pięć minut!
550012c172214-hungry-jack-original-1209-s3
Do kompletu – ziemniaki z kartonu od Głodnego Jacka 🙂
IMG_6851
Stuffing, czyli podpiekany chleb z kawałkami kiełbaski, cebulą, selerem naciowym, czosnkiem i przyprawami.

Mam szczęście, że mój teść uwielbia gotować, co niejednokrotnie jest tematem długich dyskusji między nami, więc raczej nie grożą mi fast food’owe wynalazki „nowoczesnej” kuchni z jednym wyjątkiem: żurawinie w galaretce. Gdy myślę o takiej dodawanej do mięs, w mojej głowie pojawia się obraz gęstego sosu z kawałkami owoców, którym polewa się indyka. W czwartek jedliśmy natomiast kawałek żurawinowego walca, ciała stałego o czerwonym zabarwieniu o kształcie i wymiarach polskiego salami, bardziej nadającego się na tosta. Może po wyjęciu z opakowania nie wyglądał najlepiej, może nie był to najzdrowszy wybór, ale smakował na piątkę!

cranberry-sauce-taste-test_612
Ja nie mam wątpliwości, którą wersję preferuję 😉
IMG_6848
Żurawina (w eleganckim półmisku nie wygląda już tak źle!)

Podczas jesiennej kolacji nie może zabraknąć potraw z kukurydzą – przygotowywane są zarówno pieczone lub gotowane kawałki, ale również chleb mający w składzie kaszkę kukurydzianą, który krojony jest na małe, kwadratowe części i moczony w mięsnym sosie (gravy). Jako dodatek serwuje się także zieloną fasolkę szparagową, którą w rodzinie mojego M podaje się z kawałkami ziemniaków (tym razem nie z pudełka) i wędzonego bekonu. Dla wielbicieli alkoholi, poza winem, można przygotować rozgrzewający miód pitny.

IMG_6849
Fasolka szparagowa i czerwone ziemniaki z boczkiem.
IMG_6846
Chlebek kukurydziany gotowy był już rano (i bardzo, bardzo kusił!).
IMG_6850
Sos mięsny na piątkę!
IMG_6853
Dziękczynny talerz obfitości – P-Y-C-H-A!

Ale, moi drodzy, czym byłaby uczta bez deseru? Ci, którzy mnie znają wiedzą, że pewnie na takiej bym się nie pojawiła 😉 A tak na poważnie, to pod kątem słodkości Amerykanie mają spory wybór. Od ciasta dyniowego i marchewkowego, przez jabłeczniki, po tarty z orzechami pekan (mniam!). Popularne są także ciasta ze słodkimi ziemniakami, podobno bardzo smaczne, choć ja nie miałam okazji jeszcze ich spróbować (jakoś te pozostałe zawsze wygrywają…).

Święto Dziękczynienia to także prawdziwa gratka dla miłośników futbolu amerykańskiego. Tego dnia mecze rozgrywane są od rana do wieczora (w „zwykły” czwartek byłby tylko jeden, wieczorny), łącznie dając cztery fantastyczne, sportowe doznania (piszę to bez cienia przekąsu, w ciągu ostatniego roku wkręciłam się w tę dyscyplinę)! Mój M ma z tym związane małe marzenie: chciałby kiedyś cały dzień oglądać sport w TV, zasiąść do stołu lekko uginającego się pod ciężarem wszystkich potraw, objeść się po przełyk i dalej kontynuować futbolowy maraton, aż do zakończenia ostatniego meczu. Nie mam nic przeciwko, jeśli tego roku będziemy świętować „w gościach” albo zajadać się w naszym domu indykiem z proszku…