O porodzie po amerykańsku.

dnia

Długo się zastanawiałam, czy opisywać moją historię. Nie każda kobieta chce o tym mówić nawet najbliższym osobom, bo różnie przecież dzieje się na sali porodowej… Narodziny dziecka to według mnie bardzo intymne wydarzenie. Nie będę dzielić się z wami wszystkimi szczegółami, chciałabym część wspomnień zostawić dla siebie i M. Ze względu na fakt, że Ananasek przyszedł na świat w USA, a ten blog poświęcony jest wszystkim, co z Ameryką związane (czasem z małymi bonusami), to po części czuję się zobowiązana do opisania naszych doświadczeń. Nie wiem, jak rodzi się w Polsce – znam tylko kilka historii koleżanek, skrajnie różnych – więc wybaczcie, jeśli będę pisała o czymś, co jest oczywiste i rutynowo praktykowane w naszym kraju.

Indukcja

Ananaskowi było chyba bardzo przytulnie, gdy mieszkał w moim brzuchu, bo za żadne skarby nie chciał opuścić swojego lokum. Próbowałam wszystkiego, co określa się mianem „naturalnych metod wywoływania porodu”, ale nic na niego nie działało. Nie chciał najwyraźniej mieć fajnej daty urodzin i dzień 11 stycznia minął jak każdy inny, pełen dyskomfortu i zmęczenia. Fun, fun, fun! Na ostatniej wizycie u ginekologa poinformowano mnie, że powinnam zastanowić się nad indukcją, bo z ciąży fizjologicznej mogę „awansować” do tej z wysokim ryzykiem komplikacji. Oczywiście, popełniłam błąd i na indukcję porodu wybrałam dzień, w której mój mąż miał służbowo wyjechać poza miasto. Na szczęście jeden telefon do… W sumie nie wiem, czy do szpitala, czy do ginekologa – przełączyli mnie do jakieś recepcjonistki, która zajmuje się takimi sprawami. Minęło kilka minut i przepisani zostaliśmy na kolejny tydzień. Dano mi instrukcje, jak przygotować się do zabiegu (rano wziąć prysznic, użyć mydła antybakteryjnego bez zapachu, a kwestię golenia pozostawiono moim preferencjom). Podkreślono kilkukrotnie, że planowane zabiegi mogą zostać odroczone, jeśli ich oddział będzie przepełniony. Pozostało nam czekanie. I stres 😉

Przyjazd do szpitala

Mieszkamy bardzo blisko szpitala. Piechotą dotarlibyśmy w 15 minut, piechotą z Ananaskiem w brzuchu w 41. tygodniu pewnie w jakieś 45 minut. Nie opłacało nam się zabierać naszego samochodu, więc zadzwoniliśmy po Ubera (swoją drogą, one jeszcze w Polsce funkcjonują? Tu mamy jeszcze aplikację Lyft – działa na tej samej zasadzie). Dojechaliśmy windą na oddział i usiedliśmy w małej poczekalni. Byłam zapisana chyba na 8:00, ale dopiero po 10:00 rozkładaliśmy nasze rzeczy w pokoju. Jak wyglądało to pomieszczenie? Możecie je zobaczyć w zapisanych Instastories na moim Instagramie (@dentystka_w_usa). Podobało mi się, że było tak przytulnie: były rozkładane fotele, telewizor… Gdyby nie cała aparatura i sprzęty medyczne, nie czułabym się jak w szpitalu 😉 Mogliśmy przywieźć ze sobą wszystko, co uznalibyśmy za konieczne. Z perspektywy czasu twierdzę, że spakowałam zbyt wiele rzeczy. Nie korzystałam prawie z niczego, co zabrałam! Przydała się dodatkowa poduszka i szlafrok. Całą resztę, od szamponu po przekąski, zapewnił szpital.

IMG_0280
Sukienka porodowa, skarpetki i bandaż na brzuch do podtrzymania aparatury monitorującej Ananaska.
IMG_0279
Łóżko dla mamy.
IMG_0281
Miejsce na ocenę zdrowia Ananaska.

Personel medyczny

Wszyscy byli dla mnie bardzo uprzejmi. Przedstawiał się każdy, kto wchodził do sali, łącznie ze studentami. Zanim podłączono mi kroplówkę, odwiedził nas anestezjolog i wytłumaczył kwestię znieczulenia (mogłam prosić o nie w każdym momencie, jedyny warunek to „siedzieć spokojnie”). Byłam informowana na bieżąco o wszystkim, co się dzieje i jakie są dalsze plany. Opiekowały się mną pielęgniarki, z lekarzem rozmawiałam dopiero na drugi dzień, zanim przeniesiono nas na inny oddział. Poród odbierali rezydenci, lekarz przypatrywał się nieco z boku.

Znieczulenie

Nie wyobrażam sobie rodzić naturalnie. Po moich „przygodach” mam wielki, OGROMNY, szacunek dla wszystkich dziewczyn, które przebrnęły przez poród bez znieczulenia. Ja po kilku godzinach od podania oksytocyny nie potrafiłam już wytrzymać. Poprosiłam o anestezjologa, który pojawił się w ciągu 5 minut – co bardzo mnie zaskoczyło. Spodziewałam się, że będę czekać solidne 30. Pierwsza próba znieczuliła tylko lewą stronę. Dopiero po poprawce i leżeniu na prawym boku poczułam niesamowitą ulgę. Podobało mi się, że pielęgniarka sama wychwyciła moment, w którym powinna zadzwonić po lekarza po raz drugi (oczywiście za moją zgodą). Widziała grymas na mojej twarzy, uznała, że tak nie powinno być i poprosiła w moim imieniu o weryfikację wkłucia. Jak byłam jej wdzięczna! Wszystko trwało dobrą godzinę (wkłuwanie, czekanie, poprawki, czekanie, zwiększanie dawki znieczulenia, itp.), ale przez resztę porodu mogłam… oglądać mecz futbolu w telewizji i żartować! 😀

56969543244__9404F571-E720-4699-8F2E-8E3B6585407C
Oglądaliśmy The Office, później przełączyliśmy na kanał sportowy 😉 Między lampami jest wysuwane lustro, gdyby mama chciała zobaczyć, co się dzieje „tam na dole”. Coś totalnie nie w moim stylu, poprosiłam, żeby za żadne skarby go nie opuszczali 😉 

Że to niby JUŻ?!

Akcja porodowa nie postępowała zbyt szybko. Działo się to na tyle wolno, że położne i lekarze totalnie się rozleniwili i nikt nie badał mnie dobrych kilka godzin. Chyba bardzo ich zaskoczyłam, bo kiedy wreszcie mnie „sprawdzili” okazało się, że Ananasek jest już prawie na świecie. W mgnieniu oka cała sala wypełniła się ludźmi. Troje studentów, położnik, pediatra, instrumentariusz, pielęgniarki… Tyle z mojego intymnego, rodzinnego porodu 😉 A, właśnie! Mogłam wpisać na listę gości dwie osoby, które mogły ze mną być przez cały czas. Nikt nie robił z tego żadnego problemu. Jeśli nie życzyłabym sobie gości po porodzie, wystarczyło poinformować o tym pielęgniarki.

Jedzenie

To mnie dość zaskoczyło. Sądziłam, że nie można nic jeść podczas porodu. UMIERAŁAM z głodu, kiedy pielęgniarka powiedziała, że mają dla mnie galaretki, krakersy, soki… Nie wiedziałam, co wybrać. Poprosiłam o wszystko. Dwukrotnie. Po porodzie posiłki były całkiem-całkiem! W porównaniu do tego, co znam z polskich szpitali jako pacjentka: były super.

Hałasy

Ściany w szpitalu nie należały do najgrubszych. Słyszeliśmy pacjentkę, która pojawiła się na sali porodowej zbyt późno i niestety nie mogła dostać już znieczulenia. Potem, po przeniesieniu nas na inne piętro, byliśmy świadkami rodzinnej awantury („nie chciałam Cię tutaj – nie przyszłam tu dla Ciebie, tylko dla wnuka – i tak Ci go nie pokażę – nie jesteś moją córką – nie jesteś moją matką”). Na szczęście Pani została dość szybko wyproszona przez ochronę.

Bonusy

Mam wrażenie, że podczas drugiej doby w szpitalu co chwilę nas ktoś „odwiedzał”. Doradca laktacyjny ze studentką. Pediatra, kilkukrotnie. Pielęgniarki, kilkanaście razy (sprawdzimy funkcje życiowe, podamy leki i szczepienia, oglądniecie filmy instruktażowe o SIDS i SBS, nauczymy jak otulać i dbać o Ananaska). Pracownik apteki z lekami, które miałam zabrać do domu. Pracownicy Uniwersytetu z nowinkami (czy wyrażam zgodę na zapisanie mnie do grupy na FB zrzeszającej styczniowe pacjentki-matki, na przykład). Pracownicy Uniwersytetu z prośbą o wzięcie udziału w badaniach klinicznych. Pracownicy Uniwersytetu z prośbą o próbki krwi do badań klinicznych, w których braliśmy udział. Co. Chwilę. Otwierały. Się. Te. Cholerne. Drzwi. Miałam dosyć i chciałam być już w domu.

Bon voyage

Wszystkie rzeczy, które przygotowano na mój pobyt w szpitalu, mogłam zabrać ze sobą do domu. I tak, oprócz walizki, poduszki i kilku innych bibelotów, wyszłam z jeszcze jedną torbą, która była pełna artykułów do higieny mojej i Ananaska. Podpaski, jednorazowe majtki, płyny odkażające, spray’e znieczulające, wkładki chłodzące, nakładki żelowe na sutki, szampony dla dziecka, pieluchy jednorazowe, tetrowe, chusteczki, dwa noworodkowe ubranka z wyszytą nazwą szpitala, specjalna wanienka dla mnie do pseudo-kąpieli (sitz-bath), you name it. Nie mogłam wyjść z oddziału o własnych siłach. Z resztą, nie chciałam, bo chodziłam jak pokraka a czułam się jeszcze gorzej. Przytaszczono więc wózek, na który z gracją godną słonia usiadłam, trzymając w ręku największy skarb mojego życia. Potem czekałam przy wejściu na M. – godziny szczytu i masowe wypisywanie pacjentów sprawiły, że czas ten ciągnął się w nieskończoność. W końcu zabraliśmy nasze maleństwo do samochodu i przy muzyce Franka Sinatry dojechaliśmy do domu.

Potem rozpoczął się godzinny płacz i najpiękniejszy okres w naszym życiu 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s